Szlakiem Green Velo wzdłuż Zalewu Wiślanego

Liczący ponad 2000 km szlak GreenVelo zaczyna się w Elblągu i tam też jest początek opisywanego tu odcinka. Doświadczony rowerzysta mógłby pokonać całą tą trasę w jeden dzień, ale droga do łatwych nie należy (przynajmniej na początku), a do tego jechaliśmy z siedmioletnim dzieckiem, które dopiero co nauczyło się jeździć na rowerze, więc poświęciliśmy na wyprawę dwa dni. Trasa jest bardzo atrakcyjna widokowo i szczerze polecam ją jako wycieczkę lub część dłuższej wyprawy.

Jak dojechać na start szlaku Green Velo?

Zacznijmy jednak od garści porad. Do Elbląga można dotrzeć pociągiem, co jest o tyle ważne, że teoretycznie nie trzeba potem do niego wracać, tylko można dojechać do jakiejś kolejnej stacji i tam wsiąść w pociąg do domu. Tu jednak pojawił się nasz pierwszy problem. W związku z remontami na kolei, najbliższa stacja wzdłuż szlaku GreenVelo, na której moglibyśmy wsiąść w pociąg, znajduje się dopiero na Mazurach. To zdecydowanie za daleko jak na możliwości nasze i dziecka. Ostatecznie więc zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Fromborka, przeprawimy się statkiem do Krynicy, a stamtąd wrócimy rowerami do Gdańska.

Kolejny problem z jazdą pociągiem to zakup biletów. Liczba miejsc na rowery jest ograniczona, a w niektórych składach na przykład można mieć tylko dwa rowery w jednym wagonie, więc nie da się jechać razem. W sumie oznacza to, że nie jest łatwo znaleźć sensowne połączenie, którym można przewieźć rowery. Zwłaszcza do Elbląga, który nie jest szczególnie ważnym centrum komunikacyjnym. Do tego, odkąd jest pandemia InterCity podniosło opłatę za wypisanie biletu do 200 zł, więc nie ma też co liczyć na to, że człowiek wsiądzie z rowerem do pociągu i jakoś się dogada z konduktorem. W żadnym wypadku nie można więc kupować biletów w kasie tuż przed odjazdem, bo może się okazać, że się nie da, co zrujnuje wasze plany wyjazdowe. Ostatecznie pojechaliśmy do Malborka, zwiedziliśmy zamek i dopiero następnego dnia pojechaliśmy do Elbląga. W tym momencie nie mogę nie polecić zwiedzania zamku w Malborku – jeżeli tylko będziecie gdzieś w okolicy, koniecznie trzeba to zrobić.

Dzień 1

Mapa trasy - dzień 1
Trasa z Elbląga do wybrzeża Zalewu Wiślanego

W zasadzie to nasza wyprawa zaczęła się nie Elblągu, tylko właśnie w Malborku, gdzie zrobiliśmy pierwsze pięć kilometrów – z położonej za miastem kwatery na dworzec. Nogat przekroczyliśmy po malowniczej kładce, z której rozciąga się piękny widok na zamek. Na dworcu natknęliśmy się na omawiany wcześniej problem biletów – miejsc w szynobusie pełno, ale biletów w kasie nie kupisz. Na szczęście to przewozy regionalne i udaje się je kupić u konduktora.

Na miejscu okazało się, że lał deszcz, więc ruszyliśmy powolutku. Najpierw pojechaliśmy do punktu informacji turystycznej na rynku, gdzie obejrzeliśmy dioramę dawnego Elbląga, kupiliśmy pamiątkowy magnesik z otwieraczem i dostaliśmy mapki szlaku GreenVelo w różnej skali. Wyruszając wreszcie w drogę postanowiliśmy zignorować oficjalny początek szlaku i wyjechać jak najszybciej za miasto.

Makieta starego Elbląga
Makieta starego Elbląga

Okazało się to zaskakująco trudne. Przez Elbląg idą dwa szlaki rowerowe – GreenVelo i R10 – żaden z nich nie jest dobrze oznaczony (łagodnie mówiąc). Przejeżdżaliśmy z jednego na drugi, pytaliśmy o drogę tubylców, tylko po to żeby natychmiast znowu się zgubić. W parku, skądinąd bardzo ładnym, szlak idzie jakimiś zarośniętymi ścieżkami, przez jeden z kilku mostków na malowniczej rzeczce zwanej Dzikuską… i nie jest w ogóle oznaczony. Za miastem jest lepiej, ale jeden znak był zerwany, a drugi przekręcony (więc oczywiście pojechaliśmy w złą stronę). Nawet atlas i mapa GreenVelo niewiele pomagają. Jedynym sposobem poruszania się po Elblągu i okolicach wzdłuż szlaku jest aplikacja GreenVelo, która pokazuje na bieżąco położenie względem szlaku. Tylko ciężko mieć włączony telefon na wierzchu kiedy pada deszcz.

Na szczęście wkrótce potem przestało padać i mogłem wyciągnąć telefon z nawigacją. Zresztą za miastem szlak jest oznaczony lepiej. A w zasadzie to jest oznaczony tak samo, tylko zasada jeden znaczek na kilometr lepiej sprawdza się w leśnym gąszczu niż w gąszczu miejskich ulic. Elbląg z przyległościami opuściliśmy ostatecznie stromym podjazdem w górę, w las. Pomimo deszczu, a może właśnie dzięki niemu, było naprawdę pięknie. Trasa okazała się jednak bardzo trudna – stale pod górkę i nawierzchnia z drobnego tłucznia, jeszcze mniej przyjazna kiedy mokra. Było to szczególnie trudne dla naszego młodego rowerzysty, który jeszcze nie bardzo umiał jeździć. W efekcie więcej prowadziliśmy rowery niż jechaliśmy na nich. Jest to piękna trasa, ale żeby jechać nią z dzieckiem trzeba bardzo dużo cierpliwości.

Kolejnym punktem na trasie był Jagodnik – pięknie położona wioseczka, wyglądająca niemal jak górska osada. Znaleźliśmy w niej wiatę dla rowerzystów, gdzie zjedliśmy trzecie śniadanie, w towarzystwie jakiegoś tubylca, który koniecznie chciał z nami konwersować. Za to pokazał nam jak dalej jechać. Za Jagodnikiem jest ostatni podjazd na trasie: leśna droga wznosi się stromo w górę, aż na szczyt pasma wzgórz, którego grzbietem jedzie się dalej. Od tej pory jechało się już bardzo przyjemnie: droga ma gruntową, ale dobrze ubitą nawierzchnię, jest płasko, a widoki bardzo ładne. Do tego poprawiła się pogoda.

Wreszcie wyjechaliśmy na szosę i za ostatnim podjazdem ujrzeliśmy rozległy widok na Zalew Wiślany, Mierzeję za nim i Bałtyk za nią. Na pierwszym planie wzgórza i pola – normalnie Polska w miniaturze. Zatrzymaliśmy się na zdjęcia (nawet jest specjalna zatoczka przy drodze). Młody orzekł, że warto się było męczyć żeby zobaczyć ten widok.

Od tej pory było już cały czas z górki i to mocno z górki – można się było rozpędzić. Na szczęście ruch był mały, bo szlak prowadzi tu szosą (za to dzięki temu nawierzchnia jest dobra). Wreszcie dojechaliśmy do Łęcza… a może Łęczy… w każdym razie miejscowości o nazwie Łęcze, w której złapałem gumę. No bo jakby to było, jakby wszystko szło bez problemów, nie? Postanowiłem jednak nie naprawiać roweru, tylko napompować koło w nadziei, że może przed nieodległym już celem podróży nie zejdzie całe powietrze. Spoiler: nie zeszło.

Ścigając się z uciekającym z dętki powietrzem dotarliśmy w ekspresowym tempie do stanicy wodnej w Nadbrzeżu. Bardzo nam się spodobała: domki były spartańskie, ale czyste, wygodne i całkiem spore, choć pozbawione sanitariatów (te były w budynku obok). Był też dostęp do kuchni z jadalnią, wypożyczalnia sprzętu wodnego i mała plaża. Jak ktoś chce, to może tu też przenocować pod namiotem. My na szczęście nie musieliśmy rozbijać namiotu, więc poszliśmy popływać kajakiem po Zalewie, na którym były zaskakująco duże fale.

Widok na Zalew Wiślany ze stanicy wodnej w Nadbrzeżu
Widok na Zalew Wiślany ze stanicy wodnej w Nadbrzeżu

Dzień 2

Trasa z Nadbrzeża do Fromborka
Trasa z Nadbrzeża do Fromborka

Po śniadaniu wziąłem się za naprawę roweru. Poznaliśmy też innych mieszkańców stanicy – rodzinę z ośmioletnim synem, który bawił się z naszym cały ranek, i starszą panią, którą spotkaliśmy dzień wcześniej w pociągu – jechała sama z namiotem szlakiem GreenVelo. Stanica jest położona tuż przy szlaku, więc tym razem nie było okazji się zgubić. Droga na tym odcinku wyłożona jest betonowymi płytami, co nie jest szczególnie wygodne dla rowerów, ale jest w dobrym stanie więc jechało się nią nienajgorzej. Co ważniejsze, kilka kilometrów dalej trasa odbija w stronę Zalewu i aż do Tolkmicka jechaliśmy dosłownie przy samym jego brzegu. Jest to zdecydowanie najpiękniejszy odcinek trasy. Jedzie się też dobrze, bo jest płasko, a płyty betonowe ułożone są wzdłuż drogi, a nie w poprzek. Po drodze jest nawet plaża – „Srebrna Riwiera” w Kadynach. To świetna trasa na krótką wycieczkę.

Rynek w Tolkmicku z kościołem
Rynek w Tolkmicku z kościołem

W Tolkmicku zjedliśmy bardzo smaczny obiad (szczególnie polecam danie o nazwie Bogracz), w fajnej knajpce zlokalizowanej przy skrzyżowaniu szlaku GreenVelo z główną ulicą miasta. Poza tym w Tolkmicku jest ładnie odnowiony rynek, przy którym stoi zabytkowy gotycki kościółek i muzeum miejskie z wieżą widokową. W sumie całkiem sympatyczne miasteczko.

Na rynku w Tolkmicku
Na rynku w Tolkmicku

Dalsza część szlaku nie idzie już niestety wzdłuż Zalewu, tylko znów odbija w porośnięte lasem pasmo nadbrzeżnych wzgórz. Znowu było stromo pod górę, a potem stromo w dół, po kamienistych drogach albo betonowych płytach. Bywało fajnie, ale bywało też niebezpiecznie. Było też wyraźnie więcej rowerzystów. Ciekawy odcinek, ale też męczący. Wreszcie wydostaliśmy się na szosę prowadzącą do Fromborka. Na szczycie ostatniego wzgórza mieści się obserwatorium astronomiczne i ośrodek edukacji. Rozciąga się też niego efektowny widok na Frombork. Dalej było już z górki.

Sam Frombork zdecydowanie wart jest zwiedzenia, ale to już temat na osobny artykuł.

Frombork
Frombork