Mroźny wyjazd

Wyjazd w teren podczas zimy, chodził za mną od dłuższego czasu, a teraz, choć nie było nawet grama śniegu, taka okazja się nadarzyła za sprawą mrozu i ładnej pogody. Miało to związek nie tylko z samą chęcią biwakowania zimą, ale też z przygotowaniami do wyprawy na Nordkapp, które trwają od dłuższego czasu i zasadniczo są liczone w latach. Celem tego wyjazdu było sprawdzenie zarówno sprzętu i po części siebie w mroźnych warunkach, jakie mogą mnie potencjalnie czekać na dalekiej północy w okresie letnim. Za kołem podbiegunowym temperatura może spaść, choć absolutnie nie musi, nawet do -5C w nocy, w zależności do tego na jakie lato trafię, a przy moim szczęściu, warto być gotowym na tamtejsze ekstremum.

Wracając jednak do Polski. Zapakowałem prawie cały sprzęt, łącznie z przyczepką, jaki mam zamiar zabrać w przyszłym roku i pojechałem, jak zwykle, na południe od Warszawy w kierunku Kozienic. Mam swoją ulubioną trasę od Mostu Siekierkowskiego na Mokotowie do Góry Kalwarii. Trasa prowadzi wałem przeciwpowodziowym i wzdłuż wału, praktycznie aż do miejscowości Gassy, gdzie w lato można przeprawić się na drugą stronę Wisły. Dalej za Gassami utwardzona droga odchodzi nieco od wału, i na krótki czas znika z pola widzenia, jednak cały czas jest się względnie blisko Wisły aż do Góry Kalwarii, gdzie miałem pierwszy nocleg. Na tym krótkim odcinku Gassy - Dębówka, jeżeli jest sucho i nie jedziemy szosówką, polecam jechać drogą szutrową lub samym wałem, jeżeli preferujemy nieco bliższy kontakt z przyrodą.

Zawsze wyznawałem zasadę, że jeśli to tylko możliwe, należy unikać rozbijania się po zmroku, bo łatwiej ocenić sytuację, wygodniej i bezpieczniej. Tym razem niestety dotarłem na miejsce po zmroku, a na dodatek miałem namiot, który rozbijałem tylko raz, w mieszkaniu, tuż po zakupie, więc doświadczenie mocno umiarkowane. Mimo wszystko się udało i mogłem wygodnie iść spać z wiedzą, że tej nocy będzie -10C.

Noc była, bezchmurna, a wschód słońca bajeczny i proszący się o zdjęcia oraz filmowe kadry. I mimo, że noc nie była zbyt komfortowa, ruszyłem w ziąb kręcić przebitki do filmu z tego wyjazdu. Wydychane powietrze na mrozie pięknie było widoczne pod słońce w obiektywie. W takich warunkach nawet podgrzany na gazie sok smakuje bajecznie, szczególnie po zimnej nocy. Sprzęt którym dysponowałem okazał się nieco za lekki na taką temperaturę, co nie było dziwne, ponieważ wg producenta pierwszy śpiwór miał temperaturę komfortu w okolicy 0C a drugi, z popularnego dyskontu z owadem, parametrów, jakiekolwiek były, nie trzymał od dawna. Na ratunek przyszła docieplina do śpiwora i ubrania, które miałem na sobie.

Niebo na zachodzie było głęboko błękitne i przechodziło w ciepły pomarańcz na wschodzie, skąd wyłaniało się zza drzew słońce. Roślinność na polu była pokryta piękną szadzią, co świadczyło o podwyższonej wilgotności powietrza w nocy. Warunki wyjątkowo fotograficzne, więc z tego korzystałem.

Pod koniec dnia, zajechaliśmy, do drugiego miejsca noclegowego pod Kozienicami, gdzie na spokojnie można było robić namiot między drzewami.

Ta noc była już nieco cieplejsza, bo temperatura wynosiła około -7C ale poranek był równie piękny. Nocując w wielu lasach, dobrze wiedziałem, że jak tylko słońce wstanie, będę miał warunki do kolejnych zdjęć. Z powodu fotografii wielokrotnie planowałem nocleg w konkretny sposób. Mianowicie, jeżeli wiem, że będzie ładna pogoda, wybieram bezpośrednio, lub w bliskiej okolicy, miejsce na skraju lasu (szczególnie łatwo o to w lasach gospodarczych i uprawach leśnych) z widokiem na wschód. Jednocześnie mam świadomość, że w takiej sytuacji wystawiam się na widoku. Jeśli wiem, że pogoda nie będzie “fotograficzna” to chowam się nieco głębiej.

Przy śniadaniu był ewidentny problem z kuchenkami gazowymi. Ja miałem kartusz z mieszanką propan / butan a towarzyszka miała kuchenkę zasilaną gazem do zapalniczek - butanem. Skracając całą opowieść - temperatura wrzenia. Jeśli gaz ma temperaturę wrzenia wyższą niż otoczenia to… no nie będzie to działać, albo w ogóle, albo wydajność znacznie spadnie a płomień będzie mały i ciężko będzie cokolwiek zagotować. Na zimowe warunki sugeruję w przypadku kuchenek zaopatrzyć się w mieszankę zimową lub pomyśleć o kuchence wielopaliwowej. Ew kartusz na noc wrzucać do śpiwora.

Z kwestii żywieniowych - moje spostrzeżenia nie były raczej szczególnie odkrywcze. Mniej picia, ale więcej jedzenia i to wysoko kalorycznego a szczególnie tego na ciepło. Warto butelkę wody mieć w śpiworze, ponieważ zamarzniętą wodę trudno jest przelać do garnka :D

Dzień minął w zasadzie na fotografowaniu i doczłapaniu się do ostatniego miejsca noclegu, gdzie rozpaliłem wraz z koleżanką ognisko. Dojechaliśmy sporo po zmroku, jednak teren miałem już rozpoznany kilkukrotnie i wiedziałem, co gdzie jest, a namiot już wiedziałem jak z grubsza rozbić. Korzystając z pięknej pogody i niskiej temperatury, która spadła po zmroku do około -4C, ogrzaliśmy się przy płomieniach ogniska, zjedliśmy ciepłą kolację i uraczyliśmy się gorącą herbatką.

Kolejny poranek zachęcił mnie do zdjęć i szukania kadrów w tej nadwiślańskiej przestrzeni. Idąc wzdłuż brzegu miałem okazję filmować lecące kormorany, ptaki z natury raczej unikające człowieka, płochliwe. Mimo wszystko, udało się sfilmować moment podbijania z wody w powietrze. Późnym rankiem ruszyliśmy w kierunku Góry Kalwarii, gdzie nasze drogi się rozeszły. Punktem, dla mnie, niemalże obowiązkowym, na każdej przejażdżce, jest towarowy most kolejowy w Górze Kalwarii, jaki znajduje się tuż przy granicy administracyjnej na północ od centrum. Kiedy jest sucho, dojazd do mostu jest bezproblemowy. Jednak kiedy jest po deszczu, mamy turbobłoto. Sam most, jest konstrukcją stalową z poprzedniego ustroju i wyjątkowo szpetną, jednak przez to klimatyczną i niebywale fotogeniczną. I mimo, że zdjęć z tego mostu mam dziesiątki, to ciężko się oprzeć przed kolejnym fotografowaniem tego miejsca, szczególnie, gdy za każdym razem coś wygląda inaczej lub, tak jak teraz, pojawia się jakaś postać. Tym razem to był tancerz, który mieliśmy wrażenie, nawet nam pozuje do zdjęć. Ostatecznie wróciłem do domu tą samą trasą, którą obrałem na starcie.

Po drodze miałem już kilka wniosków odnośnie siebie i sprzętu jaki zabrałem ze sobą na ten wyjazd:

Kamil Ariel Mąkosza

Prywatnie niespełniony leśnik i wielbiciel niewybrednego humoru, często czarnego. Publicznie człowiek kochający las, samotne miesięczne wyprawy rowerowe z hamakiem i suche żarty, przemycający do filmów swój sposób bycia i poczucie wolności.

Zajmuję się fotografią od 14go roku życia a filmem od pierwszej samotnej wyprawy i realizuje plan kilkumiesięcznej wyprawy na Nordkapp.